Laboratorium Idei

Nacjonalizmy w innych krajach

Kulturalnie

Polityka i społeczeństwo

Historia

Granice człowieczeństwa

Spoglądając na misternie wykonane tryby maszyn parowych, nie sposób jest nie zachwycić się technicznym pięknem. Koła zębate, paski klinowe, setki śrub i innych elementów maszynerii o trudnych do wypowiedzenia nazwach grają wspólną melodię, która dzięki swej harmonijnej precyzji współoddziaływania elementów, wykonuje za nas pracę. Widząc ten splot nic nieznaczących elementów, które odpowiednio połączone ożywają w nieomal magiczny sposób, możemy popaść w zachwyt nawet nad najzwyklejszą śrubką. Czy jednak pojedyncza śrubka ma rację bytu i własną niepowtarzalną wartość? A co, gdy tą śrubką okazuje się człowiek?
W salonie spowitym dymem papierosowym siedzą naprzeciwko siebie dwie grupy ludzi. Po jednej stronie ekscentrycy, długowłosi młodzieńcy w glanach, z irokezami i dziewczynami o niebieskich włosach i piercingu we wszystkich możliwych częściach ciała. Po drugiej stronie schludni młodzieńcy o nienagannych fryzurach i spojrzeniach miotających gromy oburzenia z paniami u boku ubranymi w suknie z minionej epoki. Ci pierwsi, pełni luzu, pogardy do świata i nonszalanckiej buty spoglądają na rzeczywistość, jak gdyby wszystko, co ciekawe na świecie, już się wydarzyło, i jedyne co może ich zaciekawić, to nowość, która wyrosnąć może jedynie na zgliszczach starego świata. Ci drudzy sztywnymi ze strachu ruchami próbują własnymi ciałami zasłonić przed grabieżą i zniszczeniem ten niedoskonały świat, obawiając się, że jednak to, co wyrośnie na tych zgliszczach, nie jest warte całego zniszczenia, a życie może być interesujące, pomimo całego zła i niedoskonałości, jaka nas otacza. Zarówno jedna, jak i druga strona, to rzecz jasna młodzi idealiści, którzy jednak w innych przestrzeniach kładą nacisk na to, co w życiu istotne. Spoglądając dyskretnie przez okno, jako bezstronni obserwatorzy chcielibyśmy albo objąć jedną stronę barykady, albo krzyknąć, że tak naprawdę żadna ze stron nie ma na tyle racji, by niszczyć swoich oponentów nie brukając własnego sumienia. Niestety, ale zarówno pierwsze, jak i drugie działanie byłoby błędne, ponieważ byłoby równoznaczne ze skokiem do rwącego nurtu bodźców i wydarzeń, w których z obiektywnych obserwatorów, zmienilibyśmy się w uczestników wydarzeń skazanych na podleganie prawom rwącego nurtu rzeczywistości. Na pozór nie ma w tym nic złego, w końcu to promowany przez nas (i przez nich też – niezależnie od obranej strony) aktywizm. Włączając się jednak do nurtu i zanurzając się w tej rzece po szyję, tracimy perspektywę i możliwość wpłynięcia na kierunek nurtu. Strumień tej rzeki można skierować tylko przy pracy z zewnątrz oraz dobrej organizacji i współpracy inżynierów, którzy stoją poza tym rwącym nurtem. Każdy bowiem, kto jest w tej rzece, musi walczyć z prądem albo odpuścić i z nim swobodnie płynąć. Choć wychowani na Herbercie gardzimy tym, co płynie z prądem, nie możemy godzić się na dobrowolne zrzeczenie się prawa do wpływu na kierunek, w którym płynie rzeka. W końcu to, w jaki sposób zachowują się płynące w nim jednostki, jest zupełnie drugorzędne wobec tego, dokąd zmierza cała rzeka, a ci, którzy chcą stać na jej straży, powinni przede wszystkim widzieć jej cel i walczyć o to, by trafiła tam, dokąd powinna.
Pozostając zatem na gruncie obiektywnym i spoglądając z tak odległej perspektywy, wyzbyci ze słabości ego, możemy spróbować zrozumieć teatr, który odgrywa się przed naszymi oczyma, na głębszym poziomie. Czy stosownym jest w takim razie pozostawanie na uboczu wszelkich sporów i bierność jest tym, co powinno dyktować bieg naszego życia? Czy wskoczenie do nurtu i płynięcie pod prąd należy uznać za głupotę? A może ci, którzy w życiu płynął z prądem i z uśmiechem na ustach łapią promienie słońca, wcale nie są tak głupi i godni pogardy? Może to oni mają rację?
Próbując odpowiedzieć na te i podobne pytania, ludzie nieodmiennie sięgają po heurystyki, skróty myślowe, które pozwalają im uzasadnić, że właśnie to, w co my wierzymy ,jest słuszne. Bez zbędnych pytań, w końcu nie lubimy się za długo wahać. Bez zbyt głębokiego drążenia, w końcu nie lubimy ciężkiej pracy. W końcu bez stawania w prawdzie, bo prawda spoglądająca w nasze oczy zazwyczaj jest bolesna. Z tych – i miliona innych powodów idziemy z życiem na kompromis i wybieramy jedną z wielu opcji. Niezależnie od tego, czy ona będzie bardziej przypominała narodową ideologię, czy wręcz przeciwnie, oprze się na przeciwnym kośćcu moralnym i będzie czerpała z komunizmu czy też destrukcyjnego anarchizmu, zawsze jest to pewna biała flaga, którą wystawiamy przed światem. Często korzystamy z faktu, że jest biała, malujemy na niej różne znaki, symbole i runy, by tylko przed sobą samym ukryć, że tak naprawdę poddaliśmy się. Im większy będziemy czuli ból z własnego upokorzenia pod białą flagą, tym więcej będzie w nas z dewotki. Obwieszeni symbolami, z ideologicznym zapałem będziemy przekonywać pozornie nasze otocznie, a w istocie – siebie samych, że autentycznie wierzymy. Będziemy dowodzić i walczyć, by tylko zamaskować naszą białą flagę i bardzo często wskutek tego będziemy stali w gronie innych ludzi, którzy z podobnych przyczyn w podobny sposób będą maskowali swoją życiową porażkę.
Wracając jednak do osnutego dymem pokoju, powinniśmy jeszcze raz przez pryzmat tego przemyślenia spojrzeć na coraz bardziej napiętą sytuację. Na drgające mięśnie żuchwy, na mimowolnie zaciskane pięści, na marsowe miny i obrzydliwe gesty ludzi stojących naprzeciwko siebie. Czy chciałbym teraz powiedzieć pojednawcze: „każdy z was macha tak samo białą flagą, każdy z was tak samo się poddał” ? W żadnym razie. Życie ludzkie od czasów Edenu skazane jest na lawirowanie w brudnej szarości, w której odnajdywanie czerni i bieli jest prawdziwą sztuką, a przecież nigdy nie posiądziemy boskiej zdolności obiektywnego oceniania rzeczywistości. Choć z okna z którego spoglądamy talizmany, runy i znaki, które otaczają obie grupy młodzieńców wyglądają aż żałośnie wobec mnogości tych białych flag, to jednak powinniśmy być w pełni świadomi, że żałosne w żadnej mierze nie są. By jednak pojąć dogłębnie sytuację, która niebawem będzie miała miejsce w pokoju, musimy wrócić do maszyny parowej, o której była mowa we wstępie.
Złożone konstrukcje, czy to maszyn parowych, czy też nowocześniejszych układów elektronicznych, są dla większości z nas zupełnie niezrozumiałe. Nie rozumiemy nie tylko zasady ich działania, ale także budowy ich elementów ani elementarnych praw fizyki, które zaprzęgnięte do pracy wkładają życie we fragmenty martwej materii. To co jednak pojmuje każdy z nas na poziomie intuicyjnym, to fakt, że skoro urządzenie można było wytworzyć z wielu elementów, które po odpowiednim złożeniu tworzą urządzenie, to każdy z tych elementów można wymienić na inny, który tylko będzie posiadał odpowiednie właściwości. Jedno łożysko można wymienić na inne łożysko o tyle, o ile tylko będzie miało odpowiedni wymiar i było wykonane z odpowiedniego materiału. Jedną śrubkę można wykręcić i zastąpić ją inną. Fachowiec, który posiadł wiedzę tajemną związaną ze zrozumieniem działania maszyny oraz zdobył zdolność do naprawiania usterek, bez chwili wahania będzie odrzucał wszelkie źle zgrane elementy, te które zgrzytają, są zardzewiałe albo na wskutek długotrwałej pracy maszyny, uległy deformacji. Oczywiście, każdy chciałby móc spoglądać na piękną, naoliwioną i lśniącą maszynę, która pracuje bezbłędnie i wydajnie, wyręczając nas z pracy, więc nikt z nas nie śmie narzekać na magię rąk inżyniera. Kolejne zardzewiałe śrubki i wybrakowane koła zębate, które wylądują w koszu, będą stanowiły dla nas doskonały obraz tego, jak wiele w maszynie było do naprawy i będzie nas napawało uśmiechem na myśl, jak doskonale będzie działała maszyna po wprowadzeniu wszystkich niezbędnych poprawek. Co się jednak stanie z naszymi emocjami, gdy zamienimy tę maszynę w metaforę społeczeństwa, w którym żyjemy, a inżyniera w pewien rodzaj instytucji społecznej, która dba o jego prawidłowe funkcjonowanie. Czy twarze ludzkich wraków wyrzuconych na śmietnik poruszą nasze sumienia? Czy chwycimy inżyniera za ramię i powiemy mu, że reszty poprawek teraz wprowadzać nie trzeba? A może odwrócimy wzrok i spojrzymy na maszynę z klapkami na oczach, na których nabazgrane będzie „świetlana przyszłość” i poprosimy inżyniera o bardziej stanowcze ruchy?
Całokształt sytuacji jest jeszcze odległy, więc musimy w naszej podróży zrobić kolejny krok naprzód. Musimy wejść w gwint śrubki i stać się częścią maszynerii. Czując na sobie całe jej wibracje i pracę, która jest częścią większej całości, i dopiero jako taka ma jakikolwiek sens, możemy zrozumieć perspektywę, z jakiej większość ludzi obserwuje otaczającą nas rzeczywistość. Każdy z nas, w izolacji, jest nic nieznaczącym, bezwartościowym elementem w machinie społecznej, w której bez trudu można nas zastąpić. W kraju jest tysiące wykształconych i bezrobotnych ludzi, którzy z przyjemnością zastąpią nasze miejsce w pracy. W przypadku braku rąk do pracy, przedsiębiorcy chętnie sprowadzą tańszych imigrantów do naszego kraju, by maszyna pracowała wydajnie na tańszych zamiennikach. I ta rzeczywistość śrubki, to rzeczywistość, z którą musi się mierzyć każdy współczesny Polak. Nie jest jednak najbardziej niebezpieczną dla nas sytuacja na rynku pracy, czy nawet kwestia godnego bytu. Najbardziej kluczową kwestia całej tej sytuacji jest logiczna konkluzja, którą mimowolnie, wcześniej czy później, wyciąga każdy z nas: śrubka z perspektywy maszyny nie ma żadnego znaczenia.
Prawda, że nasze życie w mechanistycznym społeczeństwie znaczy tyle, co nic, jest doprawdy przytłaczająca. Jednych popycha w stronę anarchizmu i buntu wobec bezdusznego systemu, który w końcu nie jest bezzasadny. Drugich wrzuca w kompleks wiecznego udowadniania własnej wartości dla społeczeństwa, który staje się studnią bez dna, wypełnioną nieustanna presją wykazywania się jako pożyteczny obywatel dla swojego państwa. Cechą wspólną, do której jednak prowadzą obie konkluzje, jest egoizm, który niczym narośl, zaczyna porastać na zdrowej tkance człowieka śmiałego na tyle, by odkryć tę smutną część naszej rzeczywistości. Przekonani o tym, że w obliczu mechanicystycznego systemu jesteśmy niczym, zaczynamy wierzyć, że istotnie powinniśmy sprowadzić swojego ego do poziomu owego „niczego”. Wskutek tego we własnych oczach stajemy się małymi ludźmi, którzy jak ognia unikają patosu. Boimy się wielkich słów. Honor, odwaga, męstwo, czy odpowiedzialność, to hasła, na które nie odważylibyśmy się powołać w grupie koleżeńskiej. Choć większość z nas się w sposób świadomy utożsamia z tymi cnotami, to na podświadomym poziomie czujemy skrępowanie przed poruszaniem tak dużych i poważnych wartości w gronie znajomych. Poważne tematy, jak życie, czy śmierć, nie są odpowiednimi tematami, na które może rozmawiać współczesny człowiek. A przecież wspólne poszukiwanie sensu życia i próba udzielenia odpowiedzi na pytania ostateczne, tak bardzo ułatwiłaby nam życie. Odizolowani niczym śrubki w maszynie, nie jesteśmy w stanie zrozumieć, że mechanicystyczny pogląd na społeczeństwo i nas samych jest błędem. Podświadomie, święcie wierzymy w ten miraż, który wysysa z nas siły i poniżamy samych siebie. Sprowadzamy swoją godność, wartość i charakter do nic nieznaczących rys na gwincie śrubki takiej samej jak inne. Ulegając tej masowej iluzji wyrosłej na gruncie postmodernistycznej zgnilizny, zaczynamy łączyć w sobie poczucie niskiej wartości z egoizmem, a to wszytko okraszamy buntem przeciwko bezdusznemu systemowi, który sami w swym urojeniu utworzyliśmy.
Mikstura, która wynika z tej mieszanki frustracji, samotności i egoizmu, tworzy wewnętrzne napięcie w każdym z nas. Bez znaczenia, czy jesteśmy osobami świadomymi tego mechanizmu, czy też nie. Wszyscy z nas w jakiejś części ulegamy temu procesowi i w każdej chwili przez zewnętrzne siły możemy być rzuceni w sytuację, która właśnie zaczęła rozgrywać się w pokoju spowitym papierosowym dymem. Jeden młodzieniec z irokezem splunął na kobietę wykonującą znak krzyża z grupy naprzeciwko. Drugi młodzieniec z kaszkietem na głowie w odpowiedzi wyprowadził technicznie doskonały prawy sierpowy posyłając chama na deski. Kolejne uderzenia, ciosy i krople krwi zraszające dębowy parkiet nie miały jakiegokolwiek znaczenia. Patrząc bowiem zza okna, zrozumieliśmy pewną lekcję, która zazwyczaj umyka zacietrzewionym, żądnym krwi, młodym umysłom.
Każdy z nas jest skazany od czasów grzechu pierworodnego na życie w wiecznej wątpliwości dotyczącej sfery moralnej. Całe ludzkie życie od kołyski aż po grób, składa się z gestów i działań, które powinny być wynikiem ciężkiej pracy naszego sumienia nieustannie poszukującego prawdy i dobra. Współczesna tendencja do obrony przed wartościami wyższymi przy pomocy śmiechu, pozornego dystansu do samych siebie i tolerancjonizmu wobec zepsucia innych, to skutek wiary w mechanistyczną wizję społeczeństwa, która krzywdzi wszystkich widzących w niej prawdę. Współdzielenie tej świadomości z innymi ludźmi sprawia, że w sposób kolektywny, zwalczamy jej skutki. Mechanizm konformizmu sprawia, że wszyscy czujemy presję by dołączyć do tego żałobnego, ale wesoło pijanego tłumu ludzi zmierzających do śmierci przez przyjemne ścieżki hedonistycznego zapomnienia. W chocholim tańcu po klubach, barach i melinach nigdy jednak nie znajdziemy miejsca na to, by zabłysnąć szlachetnością charakteru. W żadnej grupie koleżeńskiej długo nie utrzyma się jednostka, która w znaczny sposób będzie odznaczała się swoimi cechami charakteru, żelaznymi zasadami i honorem. W końcu często dla dobrej zabawy trzeba odwrócić wzrok i uśpić sumienie pod czujnym okiem barmana. Stary barman odwróci wówczas swoją posiwiałą od tysięcy wysłuchanych historii, głowę i wyjaśni nam, że stoimy przed życiowym wyborem. Możemy albo pielęgnować czystość swojego charakteru i plunąć na to, w którą stronę płynie ściek, ale zapłacić za to samotnością i zasłużyć na osrebrzoną skroń. Albo dołączyć do orszaku pajaców, którzy w tragikomicznym korowodzie hedonistycznego zapomnienia wędrują przez życie, odsuwając od siebie świadomość smutnej rzeczywistości, w której przyszło nam żyć. Na poziomie taniego moralizatorstwa wybór wydaje się być prosty, ale sytuacja się zmienia, gdy stojąc samemu w pustym mieszkaniu spoglądamy w oblicze zmęczonego człowieka w lustrze. Może w końcu lepiej jest przez życie płynąć z prądem na materacu wodnym z rękoma pod głową? Może ta cała walka i wartości moralne tak naprawdę faktycznie są nic niewartym mirażem, a w istocie jesteśmy jedynie łatwymi do wymiany śrubkami?
Ta decyzja podjęta w sposób niewłaściwy, zazwyczaj stanowi wieko do trumny naszej energii życiowej i kompromisu z rzeczywistością. Wybór konformistycznego upojenia to decyzja o zrzeczeniu się ludzkiej wielkości. Wszystko co w nas szlachetne i wszystko, co od zawsze stanowiło o wartości ludzi dobrych zostaje w nas tylko do chwili, w której mamy jeszcze odwagę przeciwstawić się konformizmowi w imię wyższych zasad. Siła charakteru, twardy kręgosłup moralny i wyraźnie zarysowana osobowość, to cechy, które wyraźnie odznaczają jednostkę w dzisiejszych czasach. Ludzie twardzi, bezkompromisowi i ideowi, to nie są ludzie, którzy odnajdą się w społecznych grupach zajmujących się cotygodniową konsumpcją alkoholu i pracą od poniedziałku do piątku, dyktowaną tylko pieniędzmi. Tak samo jak wilki nie odnajdą się wśród psów, tak prawdziwie ideowi ludzie nie znajdą ukojenia w złudnym mirażu konformistycznych życiowych wakacji i ucieczki od rzeczy ważnych oraz własnej odpowiedzialności przed Bogiem. Ten bagaż, który nawet w dzisiejszych, ateistycznych na wskroś czasach, nas przygniata, nigdy nie przestanie ciążyć ludziom, którzy nie potrafią żyć w kłamstwie.
Spoglądając ostatni raz na wszystkie przedstawione obrazy musimy dostrzec pewną prawidłowość, która wiąże te elementy niczym puzzle w układance. Mechanicyzm społeczeństwa demokratycznego, w którym to najlepszy socjologiczny demagog sprawuje władzę, prowadzi nas do reakcji obronnych związanych z poczuciem niesprawiedliwości tego systemu. Te prowadzą nas do konieczności „zapicia” rzeczywistości, albo próby jej „zabicia”, by tylko móc w jakiś sposób znieść ciężar własnego sumienia. Większość osób wybierając drogę zapicia, wybiera drogę życia w kłamstwie, ale łagodzonym przez świadomość kolektywnego współdzielenia ciężaru z wszystkimi innymi ludźmi, którzy poszli w życiu na ten kompromis. A właśnie ta skolektywizowana, łatwo-sterowalna masa ludzi upadłych stanowi większość społeczeństw na tym świecie, w którym rządzą demokratyczni kapłani demagogii. Jedynym kierunkiem, w którym takie społeczeństwa mogą bezwładnie dryfować, jest globalizacja.
Tym, co stanowi prawdziwą granicę społeczeństwa, nie jest zatem żaden punkt w sferze moralności, czy nawet decyzji życiowych, ale złożenie białej flagi przed zwątpieniem i ubranie klapek na oczy. Niezależnie od tego, w jakich barwach będą to klapki, założenie ich na oczy oznacza zrzeczenie się sumienia, wolności i dołączenie śrubek, oddalając od siebie wszystko to, co ludzkie i wartościowe. Nim wiec wyjdziesz z tego, pustego już baru, zdecyduj, czy wolisz być śrubką czy wolnym człowiekiem, bo nikt tej decyzji za ciebie nie podejmie.
Jerzy Frodsom