Laboratorium Idei

Polityka i społeczeństwo

Czy sztuka ma granice?

Co jakiś czas w opinii publicznej pojawia się dyskurs na temat roli sztuki w społeczeństwie. Znam wielu zwolenników poglądu, iż kultura musi nas szokować, a artysta nie powinien mieć żadnych ograniczeń – inni natomiast marzą by wróciły czasy, kiedy kultura była wartością samą w sobie.
Czytając różne publikacje, recenzje nowych powieści czy wreszcie wypowiedzi znanych ludzi mam wrażenie ciągłego “zacofania”. Wszystko, co udało się ludziom stworzyć, wszelkie wartości, które nasi przodkowie wcielili w swoją egzystencję, są po prostu, w ohydny sposób, wyśmiane. Szczególnie właśnie wykorzystywana do tego procesu jest sztuka.
Ileż to razy podkreślamy, że to, co nazywamy obecnie nowoczesnością jest niczym innym, jak powrotem do tego co było wcześniej? Jednym z przykładów jest pojawiające się coraz częściej zagadnienie poliamorii. Jest ono użytkowane obecnie jako jeden z kluczowych zabiegów we współczesnej literaturze. O co dokładnie chodzi?
Poliamoria to nic innego, jak utrzymywanie relacji miłosnej z wieloma partnerami przy zgodzie wszystkich zaangażowanych osób. Jest to “związek”, w którym relacje miłosne utrzymuje ze sobą kilka, a nawet kilkanaście partnerów, a każdy ma świadomość istnienia pozostałych z nich. Nierzadko osoby te mieszkają pod jednym dachem.
Poliamoria nie jest tylko relacją o charakterze seksualnym – poszczególni partnerzy zaangażowani są emocjonalnie w relację, prowadzą wspólne gospodarstwo domowe, a nawet razem wychowują dzieci. W poliamorycznej sieci możliwe są wszystkie typy związków – hetero, homo i biseksualne. Podstawą takiej relacji jest otwartość i szczerość osób w nią zaangażowanych, co wyklucza między innymi możliwość zdrady.
To przecież idealny opis życia, które możemy jeszcze obserwować w jakichś afrykańskich plemionach. Co w takim razie z naszą cywilizacją? Dlaczego próbujemy odrzucić wszystko, co wartościowe? I w imię czego to robimy? Kolejne pytanie – dlaczego wykorzystujemy do tego wyższą kulturę?
W literaturze są już obecne powyższe relacje i próba przyzwyczajenia czytelników do tego typu wątków. Przykładem może być powieść Karpowicza – “Ości” (niestety miałam okazję czytać). Gdybym miała sobie wyobrazić upadek człowieka, moralności, rodziny i wszystkiego, w co wierzę, to właśnie wyglądałoby to tak, jak świat przedstawiony w tej marnej “książce”.
Karpowicz prezentuje zmianę polskiego społeczeństwa, jego obyczajowości, ścierania starego z nowym, tworzenia nowych układów społecznych. Tradycyjny model rodziny zostaje przekształcony w model bardziej dynamiczny, rozległy, zbudowany według potrzeb i zachcianek. Bohaterowie są jak planety, których orbity niekiedy się przecinają. Widać to w poniższym fragmencie:

Wszyscy są ze sobą, w mniejszym lub większym stopniu, powiązani. Pojawia się Kuan – Wietnamczyk, właściciel kilku sklepów z bibelotami, który w weekendy występuje jako drag queen pod pseudonimem Kim Lee. Poza występami, dla przyjaciół w barze, przedstawia się jako Maks. Kuan ma żonę Marię i syna Patryka. Ponadto jest związany z Norbertem. Maria o wszystkim wie, jednak jako wzorowa katoliczka nie dopuszcza do siebie myśli o weekendowych wyczynach męża. Ukrywa te informacje przed rodziną, która była przeciwna małżeństwu Polki z Azjatą. Nie uznaje również niewierności Kuana, bo przecież nie zdradza jej z kobietą. Norbert – homofob i rasista jest nie tylko partnerem Kuana, ale także Ninel, którą w dzieciństwie nazywano Kubą. Ta dojrzała kobieta, feministka, ikona lewicowych aktywistek - ma syna Franka, który na co dzień mieszka w Niemczech, jednak przyjeżdża na dwa lata do Polski i niespodziewanie zakochuje się w Mai. Maja z wykształcenia biolożka ma męża Szymona – filologa specjalizującego się w językach afrykańskich. Poznali się już w liceum. Przed maturą Maja zaszła w ciążę. W tym czasie Szymon wyjechał na rok do Niemiec, w ramach stypendium naukowego. Tam poznaje Juli – specjalistkę od języków afrykańskich. Układ jest podwojony, bo każde z małżonków ma dodatkowego partnera. W tym właśnie kształcie Maja postanawia utrwalić konstelację, proponując wszystkim, by zaczęli żyć we czworo.

W zasadzie cała powieść dotyczy przedstawienia tych chorych relacji i ma za zadanie uświadomić czytelnikom, że nie jest to tylko fikcja literacka. Autorzy tacy jak wspomniany Karpowicz czy np. Witkowski, który chętnie przedstawia się jako prekursor nurtu gejowskiego w polskiej literaturze, mają silną potrzebę wykorzystywania kultury do zmiany pewnych zachowań w społeczeństwie. Idealnie obrazuje to odbiór antydzieł takich jak “Ości” czy “Lubiewo”. Jak możecie się domyślić, jakakolwiek krytyka tego typu pisarstwa to nie tylko postawa homofobiczna, ale przede wszystkim pewien rodzaj wyklęcia ze środowiska, uznającego się za inteligencję. Ta marna sztuka ma poprzez jakąś imitację literatury wpłynąć na poszczególne grupy, aż do całego ogółu narodu. Jej funkcjonalność jest jawnie ukierunkowana na odwrócenie normalnych relacji ludzkich.
W tych przypadkach nie ma miejsca na żaden artyzm czy potrzebę tworzenia, bo przecież o to właśnie powinno chodzić. Człowiek, szczególnie o artystycznej duszy, pragnie czegoś dokonać, coś po sobie zostawić. Pytanie tylko czy jedyne, co potrafią robić współcześni pisarze to szokować i prowokować? Gdzie jest granica, której przekroczyć nie wolno? A może my już takich granic nie mamy?
Świat zachwycał się przedstawieniem, w którym porównuje się Golgotę do pikniku. Ludzie kupują bilety na spektakl, podczas którego poza gotowaniem żywych zwierząt, nic więcej się nie dzieje. Jesteśmy pokoleniem ludzi znudzonych, a jednocześnie zapracowanych i zagonionych. Chcemy łatwo, szybko, ale przede wszystkim zaskakująco i prowokująco – i taki obraz widzimy na każdej płaszczyźnie. Psychologia i relacje międzyludzkie, praca, a także właśnie sztuka. Wszystko ma być dostosowane do współczesnego świata, który stale przekracza granice.
Jestem zdania, że kultura powinna nieść treści, o których nie przeczytamy zarówno w „Playboy-u” i nie obejrzymy w „Trudnych sprawach”. Musi być odskocznią od tego, co oferują nam media na co dzień. Przede wszystkim ma do spełnienia określoną misję: „Misja sztuki polega na tym, żeby utrwalać to, co najwartościowsze w sferze ducha, żeby następne pokolenia mogły czerpać z jakichś wzorców, żeby mogły budować na solidnych fundamentach, a nie na ruchomych piaskach albo gruzach”.
Jej celem jest kultywowanie tradycji języka polskiego i naszej narodowej kultury, jest również doskonałą metodą wychowania młodego pokolenia. Wreszcie ma otwierać nasze umysły, zmuszać do myślenia, do interpretacji dzieł. Łączyć dosłowności i metafory, przeszłość ze współczesnością, spajać pokolenia.
Sztuka ma obowiązek skłaniać do myślenia, poruszać trudne tematy i również szokować, kiedy jest taka potrzeba. Uważam, że jednak jest gdzieś ta cienka linia, która powinna zatrzymywać twórców – chodzi o ten moment, kiedy przestają oni podążać w dobrym kierunku, a zaczynają bazować na obrażaniu społeczeństwa, pewnych odczuć czy moralności.
Chcemy sztuki, która analizuje głębie problemu, opiera się o wartościach artystycznych, ale również pozwala przetrwać naszej tożsamości. I wcale to nie oznacza, że ma być przyjemna, prosta i niebudząca kontrowersji. Wystarczy trzymać się czegoś, co nazywamy “dobrym smakiem” czy wyczuciem. Źle rozumiana wolność i swoboda artystyczna po prostu go na pewnym etapie odrzuciły i możemy mieć tylko nadzieję, że tendencje te nie przybiorą jeszcze większych rozmiarów. Wspierajmy zatem tych artystów, którzy nie są na usługach konkretnych grup, jakichś mniejszości, nie będą starać się rozbijać tego, co jest istotą każdego społeczeństwa, ale będą chcieli przekazać nam Prawdę – podaną w inteligentny sposób. I takich granic możemy się trzymać.
Adrianna Gąsiorek